Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Bajka o Niej...

Negliż

:: ::

Bajka o Niej...

Żółty piasek nad brzegiem rzeki. Cisza niczym niezmącona, tylko ptaki szum wody. Drzewa w wodzie maczały gałęzie, chcąc zatrzymać jej rwący nurt. Rzeka jednak nie słuchała płynęła spokojnie omywając gałęzie. Woda wszechmocna. Potrafiąca znaleźć przejście miedzy kamieniami. Jak się mogło zdawać nic nie mogło zmącić ciszy i spokoju takiego zakątka, a jednak…. . Uważnie patrząc się na żółty piasek widać było krwawe ślady. Ciągnęły się wzdłuż brzegu rzeki. Jakby ktoś lub coś starał się ukryć przed światem. Na brzegu leżała porzucona skórzana uprząż wraz z siodłem. Bogata nabijana ćwiekami. Każdy ozdobiony wizerunkiem półksiężyca o twarzy trupa ze skrzydłami nietoperza. Właściciel sam własnej woli nie porzuciłby takiej rzeczy. Musiało być coś desperackiego w takim postępku. Krew znaczyła szlak na piasku, który skręcał w stronę skał. Ktoś szukał kryjówki między głazami. Idąc za czerwienią jeszcze dobrze niewyschniętą można było dotrzeć do uciekającego. Wśród skał okrytych mchem, zasłoniętych krzewami była nisza. Widać, że ten, kto szedł do niej znał to miejsce.
Rozchylając gałęzie wchodziło się do niszy w skale. Zanim oczy przyzwyczaiły się do półmroku nic nie było widać. Na ziemi leżało ciało. Nie było martwe. Co chwila ryczały nim dreszcze, a każdy ruch musiał sprawiać ból, bo było słychać cichy jęk.
-No tak zbyt się nie ukryłeś- mruknął krasnolud, rzucając na ziemie siodło z uprzężą. Mrużąc oczy przyglądał się postaci leżącej na ziemi. Zastanawiał się czy ten drgający cień stanowi dla niego zagrożenie- roześmiał się w duchu.
- Jak nieszczęśnik zejdzie z tego łez padołu będę miał piękne siodło. Musi to być jakiś Elf. Co dopiero była bitwa nad jarem. To, więc o cos przywlekło się z stamtąd- rozumował w myślach. Głośno rzekł – pokarz no się Panie i pokarz swoje rany, zobaczymy czy ma ci się na życie czy wizytę w krainie cieni.
Podszedł do leżącego ciała. Dreszcz przeszedł mu po plecach.- Ale Cię ktoś załatwił, moja Pani. Na posłaniu ze zeschniętego mchu leżała czarna Elfka. W okrwawionych dłoniach ściskała dwa miecze. Ciemne oczy wbite były w krasnoluda. Widać w nich było pustkę.
-Nie strachaj się, ja nie gryzę. Pokarz swoje rany, może da się coś zaradzić.- Elfka jak małe dziecko wypuściła z rąk miecze, nie miała już siły. Krasnolud schylił się i dokładnie zaczął oglądać rany na rekach i stopach. – Z tymi nie będzie kłopotu, ale to – odgiął skórzany kaftan koloru purpury- z tym będzie więcej problemów, jest głęboka, ale minęła organy. Jak się nie wykrwawiłaś to przeżyjesz. Dobrze, że szedłem tędy. – No i po siodle – w myślach jęknął.- Poczekaj, zaraz wrócę.
- Nie mam zamiaru stąd nigdzie iść – wyszeptała.
Po chwili wrócił do niej taszcząc swoje sakwy i jakieś badyle. – Nie jestem tak biegły w ziołach i leczeniu jak Wy, ale dam sobie radę.
Zaczął rozpalać ogień. Smuszka dymu znalazła ujście między głazami, które tworzyły naturalny komin. Na palenisku ustawił kociołek z wodą. Powoli zaczął układać zioła. Wybierał z namysłem wkładając do moździerza. Z sakwy wyciągnął jakieś pudełeczka, z których dosypywał proszek do utartej mazi. Wyciągnął białe płótno i zaczął drzeć je na równe kawałki.
- Daj Pani twe stópki i dłonie, to opatrzymy, a tym zajmę się za chwilę. Zioła zniosą ból, ale twojego cierpienia nie usuną. Posłusznie podała mu dłonie.
- Dobrze, a teraz to paskudztwo, ktoś cię bardzo mądrze dźgnął, nie chciał zabić, ale zrobił ci krzywdę. Musiał Cię bardzo nienawidzić.- Elfka milczała- Dobrze nie mów. Ja nie nalegam.- wyciągnął z sakwy okrągłe pudełko misternie rzeźbione. W środku znajdowało się maść kolory turkusowego. – Trochę poszczypie.- mruknął. Spojrzał na Elfkę. Jej było obojętne, odpłynęła. – no tak ból zrobił swoje. Śpij dziecko, sen jest najlepszym znachorem.
Usiadł w kącie, zapalił fajeczkę i pogrążył się we własnych myślach.
Gałęzie zaszeleściły i do groty wsunął się ciemny elf. Miał na sobie błękitny pancerz, a do pleców przytroczone dwa miecze. Znaki na pancerzu mówiły, iż jest to Tancerz Mieczy.
- Wejście iście godne mistrza – wysapał krasnolud.
-No, przecież wiedziałem, że tu siedzisz. Jest się, czym dzielić po tym. Wskazał ruchem głowy na barłóg.
- Po czym?
-No po tym ciemnym trupie.
- Wiedziałeś od razu, że to ciemny. Co?
-No tak się składa, że znam wszelkie profesje swojej rasy. Nie potraktował Cię swoim cieniem. Spotkanie raczej nie należy do przyjemnych. Tak poza tym tanio nie sprzedał skóry z tego, co po śladach widziałem.
-Rozczaruję Cię Ty pazerna istoto- żyje i będzie żyć, choć może nie che. Jeszcze jedno to nie On a Ona.
-Nie……. Pokaż- ruszył do barłogu prawie biegiem, lecz krasnolud mimo swej tuszy i wzrostu był szybszy. Zagrodził mu drogę.
-Poszedł. Jak słyszysz Ona to zaczyna Ci rozumek parować. Ty Faron jesteś jak pies. Daj jej spokój. Śpi.
-Eee.. popatrzeć nie dasz. Ja tylko zerknę. Ładna? Będzie żyć? Sumamonerki to bestyjki warte grzechu.
-Ech, Ty lepiej idź i pozacieraj ślady, a nie o głupotach. Bo jeszcze coś się przywlecze za nią, żeby dokończyć dzieła.
-Jakbym czekał na Ciebie to dawno by tak było. Jak myślisz, co ja robiłem. Teraz mogą jej szukać. Msz coś do jedzenia. Czy tylko te paskudne suchary. Na pewno nie. Zresztą, po co ja się pytam.- ruszył do wyjścia.- Niedługo wrócę z mięskiem, a ty wyciągnij to dobre winko.

Cichy jęk wydobył się z pod skór. Homonto ruszył ze swojego miejsca. W zębach trzymał fajeczkę.
-No pokaż się.- odciągnął skórę
-Ech… żyje. Nie mój czas jeszcze jednak. Kim jesteś. Na pewno nie wrogiem, bo byś nie siedział tu.
-No jeszcze nie nadszedł. Masz jeszcze trochę do zrobienia. Przespałaś cztery dni, ale na zdrowie Ci to wyszło. Homonto rzemieślnik.- wyszczerzył żółte zębiska w uśmiechu. Śmierdziała od niego tytoniem i dymem ogniska.- Trochę Cię połatałem. Tak jak potrafiłem. Przyjaciele pomogli.
-Oprócz Ciebie nikogo nie widzę.
-Jeden na pewno sam się zaraz znajdzie. Drugi nie jestem pewien. On chodzi własnymi drogami i niechętny jest towarzystwa.
Niemrawo zaczęła siadać na posłaniu. Spojrzała na swoje obandażowane dłonie. Ruch spowodował ból. Jęknęła. Odchyliła kaftan i spojrzała na ranę. – Szpetna.
- Ta, ale się goi ładnie.
-Muszę wstać. Śmierdzę.
-No kochana. Nie ma się wszystkiego na raz. Wy Ciemne jesteście wyczulone na swoim punkcie. Jakby nie dało się żyć inaczej.
- Mycie nikomu nie zaszkodziło jeszcze. Pomóż mi wstać. Trudno ja muszę.
-Dobra.- Pomógł jej wstać. Stała niepewnie, opierając się na krasnoludzie. Teraz mógł dopiero obejrzeć jej postać. Smukła, ubrana z wyszukaną elegancją, choć kaftan poszarpany. Twarz smagła, delikatna, w której jarzyła się para ciemnych oczu.
-Gdzie się wybierasz?
-Tam gdzie muszę- prychała- chyba nie będziesz mi towarzyszył mam nadzieję.


Gałęzie zatrzeszczały. Krasnolud nawet nie drgnął. Nie otworzył przymkniętych oczu, tylko puszczał dym z fajeczki.
-Ryby przyniosłem, jakieś owoce dla niej – wskazał oczami posłanie- a dla nas winko.
-Ty Faron umarłych pobudzisz. Jako Ciemny to w tobie tyle delikatności, co w kołku przy płocie. Jej nie ma. Wyszła za własnymi potrzebami.
Ciemny zakręcił się i już miał zamiar wyjść z pieczary.- Gdzie- wrzasnął krasnolud- ani się warz, bo cię przywiążę za nogę do siebie.
-No, co Ty? Ja….. nic. Chciałem się tylko przewietrzyć. Gości będziemy mieli- wyjąkał. Zmieniając temat.- Widziałem ślady. Idą dwie osoby plus konie. Orki.
-Wiem- mruknął krasnolud-już tu byli jak łatałeś za bimbałkami.
Ciemny usiadł w kącie robiąc minę obrażonego dziecka.
Długo nie wytrwało gdyż dało się słyszeć ciężkie stąpania. Do pieczarki wtoczyła się ogromna Orczyca. Zielona, jak głaz obrosły mchem. –Salut – mruknęła
- Jak mnie nie trafi…. Ten Mithandir. Zawsze ma jakieś problemy. Konie są potrzebne to bierzemy a nie marudzimy. Ma skrupuły jak dziewica w noc poślubną.- wysapała.
Ciemny, aż podskoczył jak zobaczył Izolde. – Witaj Ty mój kwiecie polny.
- Ty nie zaczynaj, bo ten Twój marny karczek skrętce jak gałązkę.
- Mamy konie. Dla Ciebie Homonto znalazłem psa pod siodło. Żebyś mógł wleć i nie spaść.- Mithandir usiadł przy ogniu i sam sięgnął do czajnika dyndającego nad paleniskiem- gdzie Ona. Nie czuję jej zapachu.
-Nie martw się po twoich zaklęciach i mazidłach szybko wstała.
Izolda rozparła się na skórach. Wyciągnęła długie nogi, a ręce założyła za głowę- Ty się nie śliń cherlaku zdechły. Bezceremonialnie drapała się po zadzie.
-Izolda, kiedy Ty nabierzesz manier.
-A, co masz do moich manier, może się Ci nie podobają- tu z jej piersi wyrwało się pełne uczucia bekniecie.
-Ech . Rzucać perły przed świnie. Ona może wsiąść na konia już? Żeby nie było kłopotu. Ruszymy o zmroku do Ślepego Koguta. Donkar nas ugości, a Ona wypocznie lepiej niż tu.
-Ta znalazł jej konika jak malowanie. W sam raz dla Ciemnej. Patrząc na to siodło to wiedział, czego szuka.- Izolda z zajęciem studiowała uprząż.
-Słychać Was w Aden- do pieczary wsunęła się Ciemna.- Dobrze się bawicie?
Oczy wszystkich skierowały się na jej postać. Nikt do tej pory z bliska jej nie widział, no może Homonto?
Ubrana w czarny kaftan haftowany złotem. Wyglądała jak wycięta z malowidła. –Witam wszystkich chyba czas się przedstawić i podziękować za pomoc. Anor z Krainy Ciemnych.- Tu skłoniła się na tyle ile jej rana pozwalała. Widziałam to czarne zwierzę ze strzałką na głowie. Czy to dla mnie wybrany ?
- Tak- mruknął Mithandir dłubiąc patykiem w ogniu i nie podnosząc oczu.
-No tak i wszystko jasne- wyszczerzyła zębiska Izolda.
Faron przestał skakać jak i ględzić, siedział cicho przyglądał się Ciemnej.
- Zbieramy się jak mamy zdążyć na kolację.
Wszyscy posłusznie wstali. W pieczarze pozostał tylko Homonto i Anor. Ta stała plecami do niego. W palcach obracała srebrny krążek. Przyglądała się mu uważnie. Obróciła się do wyjścia- Idziemy.- wychodząc za plecy cisnęła krążek. Homonto cofnął się podniósł błyskotkę i wcisnął za kaftan- Ktoś stał się Twoim śmiertelnym wrogiem- mruknął.
- W drogę niech nas bogowie prowadzą.




Na stole porozkładane zwoje, zapisane znakami. Obok stał kubek z parującym winem. Zajęta była studiowaniem pisma, nie zwracała uwagi na gwar i gości karczmy. Donkar obserwował ją za kontuaru. Oparty o filar starannie czynił kubek. Zielona, a delikatna. Tak inna od orków spotykanych tutaj. Przyciągała wzrok delikatnością rysów. Ubrana skromnie. Niebieski kaftan ze złotymi ozdobami. Włosy zaczesane w warkoczyki i misternie pospinane. Ozdoba jej były oczy , podkreślone jasna kreską.
-Przepraszam, że Ci przerywam. Wiem na kogo czekasz. Pozwól zaprowadzę Cię w miejsce ustronne dla oczu. Twoi przyjaciele nie chcą być zauważeni jak przybędą.
Darrassirth podniosła oczy z nad zwojów. Nic nie mówiąc zebrała papiery, swoje sakwy i ruszyła za orkiem. Prowadził ją w głąb Sali gdzie za filarami na ścianie wisiały gobeliny. Odchylił jeden z nich i pchnął ciężkie drzwi- Tu. Rozgość się. Oni niedługo przybędą.
Weszła do pomieszczenia jakże innego od pozostałych. Ciężki rzeźbiony stół otoczony był zydlami, pod ścianą stały miękkie kanapki wyłożone poduchami. W komnacie królował kominek, na którego ruszcie poustawiane były dzbanki. Tak blisko sali biesiadnej, a tak cicho. Tu w spokoju usiadła. Myśli jej nie krążyły jednak wokół magicznych znaków.
-Zawsze jestem jak ogon. Darra to, Darra tamto. Jak potrzeba to Darrunia. Jak się im pali to „skarbusiu” chodź. Teraz też znaleźli jakąś znajdę i wleką ją tu, a Darrusia ma czekać- prychała jak rozwścieczona kotka.- Żaden się nie spyta Darciu potrzeba Ci czegoś- ta … potrzeba takiej samej opieki.- cisnęła zwojem o podłogę. Jej oczy nagle zmieniły kolor na ciemny. Usiadła na kanapie. – Zaczynam mieć dość.- muszę znaleźć sobie jakiegoś przystojnego orka. – O czym ja gadam. Zwariowała chyba.- przymknęła oczy i zasnęła.

Zielona była tak zajęta sprzątaniem, że nie zauważyła w komnacie nowej postaci. Wsunął się po cichu przez ukryte dla oczu drzwi. Stał w cieniu i obserwował.
- Oj, Darcia Ty jak zwykle piękna i smakowita- myślał. Chrząknął. Dara gwałtownie się obróciła wypuszczając zwoje.
- Ty zawsze musisz tak chyłkiem z niespodzianką- fuknęła- inaczej nie potrafisz tylko straszyć. Znowu się gapiłeś!
-A, co popatrzeć nie mogę? Zawsze fascynowały mnie twoje kształty.- z uśmiechem stwierdził Faron. Rzucił w kąt sakwy, a broń z wielką ostrożnością oparł o ścianę komnaty. – Oni zaraz będą, a Ty możesz spragnionego ugościć- wyszczerzył kły w uśmiechu.
- Czy Ty nie przesadzasz? Masz krok do paleniska i dwie ręce, a jak będziesz nalewał winka to możesz dla mnie też.- Obróciła się zgrabnie na pięcie i siadła na kanapce, na której miała tak przyjemne sny.
-Ech wy ….- Westchną, ale posłusznie nalał dwa kubki grzanego wina. Podał jej wino.- Mogę przysiąść koło Ciebie?
-Tak bardzo proszę masz podusię na podłodze.- Jęknął w dramatyczny sposób i opadł na poduszkę- Z Tobą tak zawsze nawet nie dasz pomarzyć.
-Kto Ona? – Mruknęła Dara.
-Zobaczysz.

- Jeśli śmierć jest kobietą to wysłać po nią Farona- wtaczając się do komnaty mruczał krasnolud- Już zad przytuliłeś, a nas zostawiłeś na zimnie. Witam Darro.
-Aj zaraz zimnie. W stajni ciepło.
Za nim do komnaty wtoczyła się Izolda. Jej nie interesowało, kto siedzi. Zainteresowanie jej wzbudzało palenisko i co na nim stoi. Rzuciła rzeczy przy drzwiach i ruszyła do kominka. Po drodze wydawała dziwne mlaśnięcia i pomruki jak niedźwiedź spragniony miodu.
Ciemna stała niezdecydowana przy drzwiach, zanim dała krok do przodu. Stała okryta płaszczem w kręgu światła. Dara mogła przyjrzeć się jej spokojnie.- Jak każda ciemna jest piękna, ale ma jakąś tajemnice i smutek zamknięty – jest niebezpieczna?- Pomyślała. – Witam Cię jestem Darrassirth.
- Miło mi poznać, Anor.
-Rozgość się. To skromne progi, ale przyjazne dla wszystkich, którzy kochają to miejsce.
Anor zrzuciła płaszcz. Na plecach miała przytroczone dwa miecze. W płomieniach oświetlających jej postać wyglądała jak czarny anioł – zły i niebezpieczny. Zdjęła broń. Rozejrzała się po komnacie. Wybrała kąt zacieniony, gdzie stała miękka kanapa. Tam ustawiła z pieczołowitością broń i sama usiadła. Stąd też miała widok na całą komnatę i wszystkich w niej się znajdujących.
- Gdzie Mithandir? Ten zawsze gdzieś polezie!.- Mruczał ciemny.
- Z końmi gada.- Mruknął Homonto- zawsze musi wszystkiego dojrzeć i sprawdzić, bo licząc na ciebie to można by się z życiem pożegnać.
- No dobra przestańcie farmazonić i dawać mi jedzenie. Jestem głodna po tej podróży. Brzuch mi już do krzyż przyrósł- sapała Izolda.-a waszymi grzecznościami się ni najem.
Donkar wszedł do komnaty- jak miło Was gościć- szeroki uśmiech rozlał mu się po twarzy- dobrze, że trafiliście przed północą.
- A co wilkołaki nas by zżarły – mruknął Faron. Donkar uwagę puścił mimo uszu. Skierował swe kroki do kredensu, z którego wyjął chleb, mięsiwo i inne specjały. – Kubki sami znajdziecie, ja musze do gości. Potem Wam przyniosę ciepłą strawę- tak, tak Izolda wiem byle dużo.- Sapnął i wyszedł.
-Wszyscy jesteśmy czy na kogoś jeszcze czekamy?- Padło pytanie Anor.
- Na pewno się ktoś znajdzie. Tu zawsze zbieramy się. Nie mamy jeszcze własnej siedziby, więc jak wiatry zawieją tu szukamy schronienia. Jesteśmy wagabundami, szukającymi własnej drogi. Może nie bogaci, ale zawsze przyjaciele w doli i niedoli. Poznasz jeszcze wielu z nas. Razem walczmy i razem umieramy.
- Nie zapomnij dodać razem pijemy i żremy.- Wtrącił Faron.
Krasnolud zmarszczył czoło- tak to też prawda- mruknął- pomagamy i żyjemy razem. Czasem rozchodzą się nasze drogi, ale potem wracamy w jedno miejsce. Myślę, że poznasz tą, co nas zebrała, choć trudno z nią wytrzymać, jak z każda babą. Chodzi własnymi drogami, ale czasem nas zaszczyca własna obecnością. Trzeba przetrzymać jak jej minie.-sapnął znacząco, a Faron dziwnie się skrzywił-, Co ja będę gadał jedzmy, bo na pewno wszyscy głodni- tu spojrzał na Izoldę, która od dawna nie czekała na zaproszenie.



Obudził ją przeszywający ból.- No tak musiałam przysnąć przy tych interesujących wywodach tego kurdupla.- pomyślała. Odemknęła z niechęcią oczy. Na stole stały misy z jadłem, mięsiwa, chleb i wino. Gospodarz siedział wygodnie oparty, słuchał rozmów innych. Byli tez inni goście- nowi. Dwójka. Jasna Elfka i human Łuczniczka. Ta siedział obok paleniska, tyłem do wszystkich była zajęta rozmową z Mithandire. Widać, że dyskurs był zajmujący bo to, co działa się za plecami wcale jej nie interesowało. Za to Elfka. Ta królował nad wszystkimi. Wszędzie jej pełno, słychać ją było donośnie.
- Fuj, płaska jak każda jasna, czym oni się w nich zachwycają, jeszcze wrzaskliwa- pomyślała Anor patrząc na Jasną.
-O, obudziłaś się, jak się czujesz- Homonto mruknął- poznaj nowych gości, ja dokonam prezentacji. To krzykliwe stworzenie to nasz przewodnik stada, Punia, tam siedzi Deidre samotnica, lubi chodzić własnymi ścieżkami. Tam na kanapie w ciemnym kącie Ciemna Anor. Od paleniska podniosła się Deidre- Witam- mruknęła- a Ty jak zwykle zrzędzisz Homonto. Jakbyś miał w tym przyjemność.
- E, on tak z przyzwyczajenia, przestańcie wreszcie marudzić i zacznijmy jeść, jestem głodna, a znając Donkara bez określonego celu nas tu nie wzywał- komenderowała Punia- chodź do stołu i usiać z nami.
Darra szybko zrobiła miejsce koło siebie na kanapie- Chodź usiądź koło mnie, będzie Ci wygodnie.
-Nie lubię Orków, ale ta jest inna. Dziwna. – pomyślała.- Dziękuje – szybko odrzekła siadając. Jasna spojrzała się wrogo na Ciemną. Wzrokiem oceniała. Już miała coś rzec, ale Anor ja wyprzedziła- Nie oceniaj po pozorach, bo to złuda dla duszy i oczu. Wejrzyj w człowieka a jak nie potrafisz czekaj na czyny.- mówiła to oglądając swe dłonie, nie zwracając uwagi na jasną. Punia nic nie odrzekła wzruszyła ramiona i dalej zajęła się wygłaszaniem swojej kwestii. Donkar czuł wrogą atmosferę, szybko, więc wstał i podnosząc dzban rzekł- za zdrowie moich szacownych gości, kto nie wypije ten źle życzy tu obecnym. Wszyscy zgodnie podnieśli kielichy.
Gospodarz wychylił do dna dzban i otarł wierzchem dłoni usta- Teraz drodzy przyjaciele do interesów. Bez powodów nie prosiłem was o przybycie. Mamy drobny problem.
-Drobny – mruknął Faron- u ciebie nic nie ma drobnego, a jak jesteś taki wylewny to coś ci za skórę zalazło.
-Faron zamknij jadake i daj skończyć gospodarzowi, bo Cię sama własnoręcznie uciszę – burknęła Izolda.
-Dobra, dobra nie będę się narażał, masz nad mną przewagę posturą i wagą- zaśmiał. Izolda już się podnosiła ze swego legowiska, tylko silna dłoń Mithandira ją powstrzymała. Ten ponury Ork był szybki- Spokój – rzekł krótko- kontynuuj Donkar.
-No, więc od kilku miesięcy mamy problem z wampirami. Skumali się z bandą obwiesi grasująca w okolicy. Napadają na spokojnych farmerów, palą zbiory, grabią, mordują dla rozrywki. Nikt nie może im dać rady. Szybko się przemieszczają, zmieniają miejsca, ale zawsze wiedzą, na kogo napaść.
- No to macie szuje wśród ziomków- mruknęła Deidre- nie miła perspektywa tropić sąsiada.
-Tak, niestety- westchnął Donkar-, ale tym zająłem się już sam. wiem, które jabłko jest zgniłe w koszyku.
-Czyli nam pozostawiasz uganianie się za zbirami- mruknął Faron.
-Waaaa..- syknęła, Punia- jakbyś tego nie lubił.
-Dobra, dobra dzieci – mruknął Homonto - przejdź do rzeczy.
-Tak, więc już wiem gdzie mają swe leże obwiesie, gorzej z wampirami. Te zmieniają miejsca.- schylił się pod stół i wyciągnął zwój. Zgarnął dłonią resztki jedzenia ze stołu i rozłożył na nim pieczołowicie mapę.
-Tu są stare ruiny, wąwóz i rzeka. Tu znajdują się groty połączone pajęczyną korytarzy i tu właśnie koczuje banda. Wejść do korytarzy bez przewodniki lub mapy nie można. Delikatną perswazją mój zgniłek naszkicował mapkę labiryntu – tu wyciągnął za kaftana płótno, podał je Puni- tak widzicie przygotowałem dla was lekcję.
Mithandir przyglądał się mapie uważnie. Końcem noża wskazał ruiny- znając obyczaje wampirów to muszą gdzieś sypiać. Ruiny nadają się najlepiej. Donkar sprawdzałeś?
-I owszem, ale tam nic nie ma. Oprócz gołych skał i murów.
-Ja mówię o kryptach i tajemnych chodnikach.
-Wybacz, ale tam nie właziłem.
-Hahahahahah- zabuczała Izolda- Donkuś jest tak delikatny, że bał się zamoczyć.
-Spokój, zrobił to, co do niego należało, teraz na nas kolej- mruknęła Punia.
-No chyba już nie dzisiaj będziemy mieli się wybrać na to polowanie. Jestem lekko zmęczony i senny. Wszyscy zresztą chętnie chyba głowy przytulą do posłania. Zresztą z tak nabitym brzuchem nie będę skakał po skałach- zaśmiał się Homonto.
-Racja, kończcie posiłek i wypocznijcie. Już kazałem zająć się waszymi końmi, więc proszę nie kłopoczcie się o nie. Będą gotowe.
- Zresztą gościsz nas nieoficjalnie. Nas tu nie ma – sapnęła Deidre.
- Ty nie musisz iść z nami. Jesteś jeszcze słaba, Tobie to wypoczynek.- mruknął Mithandir, do Anor.
- Nie musze, ale chcę. Słaba pojęcie obce wojownikom. Jak komu śmierć jest pisana to umrze i w łóżku. Zresztą dla śmierci się rodzimy i z każdym dniem jesteśmy coraz niej bliżej. Czasem umiejętności moich demonów się przydają.- uśmiechnęła się pokazując ostre kły. Wzięła owoc ze stołu i ruszyła w stronę własnego konta. Czuła się tam bezpieczna. Wrzawa przycichała wszyscy zajęli się rozmowami. Na palenisku ogień szumiał, zmieniając barwy. Deidre wrzucała do ognia kawałki drewna tak jakby już nic nie istniało oprócz płomienia. Mithandir siedział przyglądając się wszystkim. Homonto siedział z zamkniętymi oczami, pykał swą fajeczkę o czymś rozmyślając. Punia wdała się w dyskusję z Darrą. Ta tylko kiwała głową grzecznie przytakując, widać było po oczach, że błądzi gdzieś daleko. Faron legł na podłodze obok Izoldy, która już smacznie chrapała.
Anor patrzyła na nich wszystkich ze swojego konta-, Co za licho zesłało ich na mą drogę. Przeznaczenie, nie. Za proste tłumaczenie.
Sięgnęła ręka do swoich sakw podróżnych. Wyciągnęła z jednej lutnie, delikatnie traciła struny. W komnatę popłynęła cicha pieśń:


Może nie mam serca
Może i je straciłam
Ale nie straciłam duszy
Która wyrywa się ze mnie
I płacze ...

Lecz zdławiła ją
Ma natura
natura chłodu
I niedostępności
To bolało
Lecz przeszło
I dusza ...została



To nie był sen, lecz czuwanie. Sen mieszał się z jawą. Wstał poranek mglisty, zimny i wilgotny. Ptaki budziły się ze snu. Zaczynały swój poranny śpiew. Jeszcze ciemno. Mgła nie podnosiła swoich koronek. Otulała wszystko jak szalem. Chłód panował. Zwierzęta w obejściu domagały się pokarmu. Konie rżały. Wszystko leniwie budziło się do życia. W komnacie było ciepło i cicho. Ogień palił się na kominku i on dawał tylko oświetlenie. Płomienie nadawały sprzętom dziwne barwy i cienie. Jakby wszystko drgało swoim życiem. Wszyscy spali tam gdzie im było wygodnie. Homonto drzemała z fajka w zębach oparty o ścinane jakby czekał na jakieś zdarzenie. Darra wygodnie wyciągnięta na swojej kanapie śniła o czymś przyjemnym, bo na jej twarzy gościł delikatny uśmiech. Jakaś dobra ręka okryła ją szalem. Ciemna odemknęła powieki. Patrzyła się na tych zgromadzonych i pogrążonych w śnie. Delikatnie wstała, jak kot delikatnie stąpając ruszyła do wyjścia. Stanęła na chwilę przy jednej dziwnej parze. Izolda rozciągnięta na podłodze chrapała tak jakby chciała zagłuszyć ptaki. Obok niej wtulony w nią jak dziecko w matkę spała Faron. Ta delikatnie otoczyła go ramieniem i trzymała.
-Grrrrrr, jakże szpetna para. Co z takiej krzyżówki może wyjść coś dziwnego. Fujjjj…- pomyślała i zaczęła się śmiać tylko ustami. Dalej ruszyła w stronę drzwi w ścianie prowadzących na zewnątrz karczmy. Gdy zniknęła za drzwiami bezgłośnie podniosła się inna postać. Cały czas obserwował ją spod półprzymkniętych powiek. Każdy jej ruch. Gdy opuściła komnatę szybko się podniósł i ruszył za nią. Też zatrzymał się koło tej dziwnej pary i na jego twarzy zagościł uśmiech, ale inny w swej wymowie. Mithandir cicho ruszył za Anor, która swe kroki kierowała w stronę lasu. Jeszcze ciemny i osnuty mgłą stanowił niebezpieczne wyzwanie. – Co Ona tam szuka- pomyślał- porusza się jakby znała okolicę.
Szedł za nią kierując się bardziej węchem niż wzrokiem. Jak każdy Ork miał węch wyostrzony. Potrafił tropić z zamkniętymi oczami, a ta zostawiała za sobą dziwny zapach. Osty i słodki. Stąpał ostrożnie między gałązkami. Trafił na małą polankę. Już lekko podniosła się mgła, a noc zwijała swe skrzydła. Można było widzieć wszystko, co dzieje się na polance. Stała na środku z obnażona bronią. Walczyła z cieniem. Bron furczała w powietrzu wydając delikatne brzęczenie. Tak była zawzięta w tym, co robiła, że miało się wrażenie jakby zabijała kogoś albo coś. Walczyła ze swymi słabościami. Przyglądał się tej dziwnej walce, podziwiając kunszt zadawanych ciosów. Jej kocia zwinność budziła podziw i strach. Mimo wszystko wiedział, jaki zada sztych. Czekał. Nagle zniknęła z polany. Mithandir uśmiechał się stał spokojnie, przymknął oczy i czekał. Wiedział. Spadła nagle na jego plecy. Przewróciła go na ziemię, wbiła swe palce w tętnice na szyi, a kolanem nacisnęła kręgosłup wywołując nieprzyjemny ból. Poddał się. –Wiedziałeś- syknęła.
- Ehhh.. owszem.
-Na, co liczyłeś, że złapiesz mnie na spiskowaniu lub na sprzedaniu waszej skóry. Przyznaj miałeś taką nadzieję- syczała jak jadowity rozwścieczony gad.
-Nie. Pilnuje bezpieczeństwa swoich przyjaciół. Ciebie nie znam. Jesteś obca. Masz tajemnice, więc nie dziw się, że wolałem zobaczyć, co będziesz robić o tak wczesnej porze.
-Taa. Nie uważasz, że każdy ma tajemnice, z którymi musi żyć i zmagać się sam. Swoje demony, które co dnia pokonuje i nie lubi jak ktoś wkracza nieproszony w jego duszę.
-Nie dotknąłem twej duszy, bo mi nie dałaś, myślisz, że dałbym Ci się podejść- uśmiechnął się pokazując swe zębiska.- Nie złamałbym cię jak gałązkę.
-Grozisz mi. Czy to tylko delikatne pouczenie? Wiesz jak słodka jest krew i jaka ciepła, gdy dotykasz jej i smakujesz. Przestajesz myśleć. Opanowuje Cię żądza mordu. Zemsta za swoje grzechy lub krzywdy.
-Myślę, że ktoś dotknął Twej duszy nie raz. My wszyscy jesteśmy rozbitkami szukającymi własnej drogi.
-Ty za to jesteś balsamem na moje lub ich życie. Zbawicielem mojej duszy nie zostaniesz. Ehhh.- Wstała z jego pleców i usiadła na ziemi obok. Ork wstał i usiadł pod drzewem naprzeciwko. Patrzył się na jej bladą twarz, oczy ciemne jak u kota. Siedziała ze skrzyżowanymi rękoma i nogami, jakby broniła do siebie dostępu. Wyprostowana, czekała na ruch jak w szachach. Mithandir nie wiedział czy podjąć rozgrywkę czy odejść i poddać się. Dziwna ta osóbka musiała przejść różne ścieżki w swym życiu. Nie wiedział jak zareaguje na podaną dłoń.
- Wiesz dziwna jesteś. Delikatna i twarda. Czy potrzebujesz naszej pomocy czy nie to i tak los splótł nasze drogi teraz od ciebie zależy czy podejmiesz z nami walkę czy odejdziesz własna drogą.
- Gadasz jak spowiednik dusz. Tylko ja nie wiem czy mam ochotę się spowiadać. Podjęłam decyzje pójścia z wami. Jak będę chciała odejść odejdę.
Ork podniósł się z ziemi. Podał jej dłoń.- Chodź jak już tu jesteśmy obejdziemy siedlisko. Chyba, że jesteś zmęczona i głodna.
- To nie wiesz, że Ciemne nie muszą stale jadać- uśmiechnęła się kącikiem ust. – Chodź. Bo czuję, że nie koniec twojego kazania.
-Nie. Muszę pomyśleć.
-I ocenić, zagrożenie.- Zaśmiała się- Chodź, bo trzeba zobaczyć czy nikt nie poderżnął gardeł tym gołąbkom /tu pomyślała o dziwnej parze na podłodze/ zaczęła się śmiać sama do siebie. – jajka w kurniku też są świeże, a krowę chyba potrafisz doić.
-Z krowami do czynienia nie miałem, ale się postaram. Śniadanie im. tego jeszcze nie było- tez zaczął się śmiać na wspomnienie dwójki na podłodze.
-Na końcu wiochy jest piekarnia i świeży chlebek. Myślę, że Donkar bierze stamtąd pachnące cudeńka. Mięsko jeszcze biega na dwóch nogach, ale myślę, że pachołek gospodarza dogoni je.
Mithandir szedł w milczeniu. Myślał o wszystkim tym, co go czeka lub ominie. – Życie stawia nam dziwne rzeczy na drodze. My to przyjmujemy lub odrzucamy, ale zawsze cos się dzieje.
Ciemna zmrużyła oczy. Idąc przodem zaczęła nucić piosenkę:
Popiołem naznaczona droga,
której dotknęła moja stopa,
martwy smak w ustach,
krwawe znaki na miłości
samotność paląca
niczego nie tworzę.
Spopielałe twarze
pod matowym słońcem
w moich palcach tracą kolory.
Nie ma nadziei za zimowym oknem
drzew szare konary
wyciągają szare dłonie
na tle stalowego nieba.
Jest cicho. Za cicho na płomienie,
na ciepły ogień.
Tli się, trochę dymi
moje życie
jak kartka papieru.

-Ehh – jęknął Mithandir.



Szli brzegiem wioski patrząc się na domostwa jeszcze uśpione. Gdzie nigdzie już jednak tliło się życie. Ciemna schyliła się i przeszła pod płotem, koło ściany obory stanęła.
-Idziesz? Krowy czekają.
-No, co Ty na serio- jęknął Mithandir
-Cycka krowy nie ciągnąłeś. Ty masz szczęście – do dzieła. Ja idę kury pooglądać.
-A czy nie możemy tak się zamienić.
-Nie – i już jej nie było.
-No cóż bydle jak bydle – spróbuj mnie kopnąć, a ci wypłacę. Wszedł do obory w bojowym nastroju.

Szli w stronę zagrody. Anor miała kosz pełen jaj i pachnącego pieczywa. Mithandir taszczył dwa dzbanki świeżego mleka. Na jego twarzy malowała się radość ze zwycięstwa nad krową.
Nagle stanął na środku drogi, gwałtownie się odwracając.
-Nie – jęknął rozpaczliwie- te moczymordy nie znają umiaru.
Na skraju wioski malowały się postacie. Kobieta w zielonej sukni, koło niej podskakiwał Ciemny. Kawałek za nimi człapał się inny Ciemny z daleka było widać, że nie podziela dobrego nastroju przyjaciół. Kobieta ubrana w zielona suknię, Ciemny w elegancki lekki biały kubraczek. Szli i wydzierali się na całe gardło wyśpiewując sprośne piosenki. W rekach trzymali bukłaki.
-Reszta kompanii ściąga, co słychać i widać.
Przybysze zrównali się z para stojąca na drodze.
-Mithu ty jak zwykle skwaszony i naburmuszony. Jak widzę Ciebie odchodzi mi ochota na życie.- stwierdziła kobieta .
-Yenka ty zawsze musisz z hukiem mieć wejścia. Bo inaczej mogliby cię nie zauważyć. Czy ty bez trunku nie potrafisz żyć?
-Jakoś jestem zawsze w pełni sił i nie dałam Cię zielona maszkaro ubić.
-A tam. Cichaj babo. Mam tu obraz cudny do podziwiania – sapał ciemny gapiąc się na Anor.
-Ty Blehemod uspokój się, bo Ci Darcia resztę kłaczków wyrwie- mruknęła Yenka
-O –wa.
-A zapomniałem prezentacji ta wydzierająca się baba to Yenka nasz medyk, to coś, co przykleiło jej się do sukni to Blehemod mistrz noża i picia.
-O mnie to nie łaska- mruknął drugi Ciemny
Skłonił się szarmancko- Ja Rolfik. Mag pośledniej klasy. Pomagam zabijać i rzucać klątwy.
Anor wykonała dyg na tyle ile kosz jej pozwalał- Demonica we własnej osobie, Anor.
-Dobra dość czułości chodźcie do karczmy nim całą wiochę tym wyciem wzbudzicie.
Na podwórzu karczmy stał podparty pod boki Donkar.
-Mam nadzieję, że zostawiliście zapłatę za jadło. Byle nie za, wiele bo mi rynek zepsujecie- wyszczerzył kły w uśmiechu.- Do tych jaj boczku, Świerzego wam dam, a patelnię znajdziecie za rusztem. I nie wydzieraj się Yenka znowu, bo mi gości wypłoszysz, a tobie Blehemod kark skręcę jak mi będziesz dziewki podszczypywał.
-O-wa. Zaraz takie groźby. Ja tylko szukam tej jedynej, co mnie przygarnie popiersi.
Homonto z fajką w zębach stał już w drzwiach.
-Wiedziałem. Ty znowu próbowałaś jakiś likworów własnej roboty.
-Następny moralista. Zejdź kobiecie z drogi i daj spocząć umęczonej.
-Pijanej chciałaś powiedzieć.- usuwając się z wejścia.

Deidre cierpliwie bez słowa kroiła boczek na ogromna patelnię. Na ruszcie obracały się już kurczęta. Izolda zajrzała do dzbanków i skrzywiła się niemiłosiernie.
-Mleko?.
-A, co byś chciała trunek od rana jak ta para opoi. Mam nadzieję tylko, że do nocy dojdą do siebie.- wysapała, Punia.
-Już ja się o to postaram, zaraz im uwarzę trunek, który umarłego na nogi postawi- z jadowitym uśmiechem stwierdziła Darra.
-Nie – gwałtownie zaprotestował Blehemod- Ja nie chce ta wiedźma mnie otruje. Znów będę obściskiwał drzewo w szale oddawania wnętrzności.
-Otruć Ciebie skarbie. Nigdy w życiu. Ja Ci tylko pomagam byś tym swoim kozikiem trafił do celu.
-Spokój. Koniec kłótni. Ty, Darra rób, co swoje by tych dwoje doprowadzić do porządku.- zakomenderowała, Punia.
Po komnacie zaczęła rozchodzić się woń jajecznicy na boczku. Izolda wprawną ręką uprzątnęła stół. I stawiała na nim misy.
-Jemy, jemy.- mruczała
-Ta jak zwykle jak ma pusty bęc to przestaje myśleć.-Faron obrócił się na pięcie i podał misę Anor- siadaj, bo widzę, że w kąt już leziesz. Jemy wszyscy razem. Pijemy osobno- tu zerknął na Yenke.
-Odczep się, bo mi się omsknie i zapomnę czar rzucić na ciebie.
Rolfik przysiadł przy stole widać, że był zmęczony. Oczy mimo gwaru kleiły mu się.
-Wieczorem wyruszamy- krótko stwierdziła Punia.



Zapadał zmierzch. Wioska była już uśpiona lub tylko sprawiała pozory takiej. Domostwa pozamykane, okiennice zaryglowane. Wszystko wyglądało jakby nagle cała wieś wymarła.
-Boja się. Nie dziwota- mruknął Homonto- Tylko nie wiem czy to odpowiednia pora na wypad. Oni jeszcze niepijani a Wampiry już z nimi siedzą.
- Widziałeś gdzie to jest? Zanim tam dojdziemy będzie po północy, więc już będą dobrze upojeni a wampy pójdą spać.
- Bez koni idziemy- jęknęła Izolda
-Tak Piękna, trochę zrzucisz sadełka z tego okrągłego brzuszka- zaśmiał się Faron. W tym momencie w powietrzu śmignął bukłak z winem. Faron wykonał szybki skłon jakby miał zamiar mówić wszystkim „witajcie”- Oj „kluseczko” ja tylko żartuje jesteś jak pączuszek róży.
- Śmierdzący.- pod nosem mruknął Blehemod.
-Spokój – wrzasnęła Punia- jak dzieci. Potem się wykażecie inwencją, a teraz ma być spokój.

Las był ciemny i nie przyjemny. Wszystko otulała ciemność. Każde drzewo było jak potwór na drodze wędrowcy. Księżyc czasem wyjrzał za chmur, też mu się nie chciało oświetlać im drogi. Szli w milczeniu. Nasłuchiwali każdego szelestu, mruknięcia, trzasku łamanych gałęzi. Wiedzieli, co mogą spotkać w tym opuszczonym zakątku. Skupienie malowało się na twarzach. W powietrzu słychać było furkot skrzydeł, to nocni drapieżcy wyruszali na łowy. Tak jak oni szukały zwierzyny. Od czasu do czasu było słychać ciche jęknięcie. To Yenka wlekła się za wszystkimi, potykając się o własne nogi.
- Było ta pijanice zostawić- skwitował Rolfik- Tak robi hałasu za całe zgromadzenie strzyg.
-Zamknij jadake Rolf. Sam udajesz świętego, a za kołnierz nie wylewasz. Teraz Ci się na morały zebrało.
-Zamknijcie się z łaski swojej- Punia stwierdziła krótko- Blehemod, Rolfik na szpice. Wiecie, co macie zrobić.
Z cienia wysunęła się Anor- Daj spokój nie wysyłaj tego –tu ruchem głowy wskazała na Blehemoda- Ja pójdę. Mój demon zrobi to lepiej niż on w tym stanie.
- Jakim stanie – żachnął się Ciemny.
- dobra y idź. Tylko uważaj.
Anor uśmiechnęła się smutno- Życie jest krótkie, a bez ryzyka nie wiesz czy żyjesz.

Ruszyła przez las. W pamięci miała obraz wyrysowany na płótnie. Szła dotykając palcami drzew jakby oczekiwała ich podpowiedzi lub wskazówki. Były wilgotne i przemawiały swoja mową. Ciemni wiedzieli, że każda roślina czy zwierze ma dusze, która przemawia. Trzeba znaleźć w sobie ta cząstkę natury by zrozumieć. Ciemni rodzili się z tym darem.- Wiem – mruknęła, wchodząc w krąg światła rzuconego przez księżyc. Stanęła na smrodku maleńkiej polanki. W geście przywołania splotła ręce nad głową. Z dłoni uniósł się jasny promień, lecz to, co powstało nie było jasnością. Postać mglistej kobiety, delikatna, o oczach złocistych i groźnych. Ciemna usiadła na polanie. Recytowała zaklęcia. Zapadała w otchłań mroku, jej dusza połączyła z demonem. Na świat patrzyła oczyma damy. Zjawa zakołysała się delikatnie i zaczęła płynąć w stronę skał. Nie były dla niej żadną przeszkodą. Będąc niematerialna zjawą pokonywała materię. Bez trudu odnalazła kręte korytarze labiryntu. Sunęła w stronę dźwięków, które wibrowały w powietrzu. Ogromna jaskinia była schronieniem i salą biesiadną obwiesi. Bawili się doskonale. Zjawa ominęła czujki wystawione i płynęła do groty. Tu zabawa trwała. Wraz z ludźmi bawiły się wampiry. Dziwne to towarzystwo widocznie gustowało w krwawych zabawach. Pod ścianą groty widać było klatkę, z wystraszonymi wieśniakami. Co rusz był, któryś wywlekany ku uciesze ogółu. Bawiono się nieszczęśnikiem jak kot z myszką, która to wypuści z łap to złapie, aż miłosiernie wbije w nią kły. Całej zabawie towarzyszyły śmiechy i zakłady, jaki smak krwi będzie miał nieszczęśnik. Zjawa unosiła się pod sklepieniem groty obserwując. Ciało Anor szarpały dreszcze. Czuła się bezsilna i wściekła. Nagle drgnęła. Znajoma postać. Szczeki zwarły się, a z zagryzionych ust spłynęła strużka krwi. Wiedziała on był jej- Drugi raz mi nie umkniesz. Wracała obolała i zmęczona tym, co zobaczyła. Wszyscy siedzieli w ciszy. Rolfik wrócił wcześniej i zdążył już w skrócie opowiedzieć, co widział. Anor przerwała mu- Nie musimy się spieszyć, ale szkoda ludzi, zanim się do reszty upiją, a świt wygoni bestie.



Rozeszli się jak widma w ciemnych korytarzach. Blehemod jak cień we mgle płynął, za nim bezszelestnie posuwała się Izolda. Ciemny na migi pokazał kierunek skąd dobiegały rozmowy i rechoty. Pijani strażnicy skracali sobie czas winem. Nie słyszeli nic i nikogo. Każdy szelest zagłuszał ich głośny rechot. Nagle nastała cisza. Blehemod wycierał nóż o kaftan lezącego na ziemi, dwóch pozostałych spoczywało w pozycji jakby zapadli w głęboki sen. Izolda spokojnie spojrzała na nich – Cienkie – mruknęła. Skręciła im karki jak łamie się cieniutkie suche gałązki.
Nikt z biesiadujących nie spodziewał się gości. W sam środek biesiady wpadła ogromna orczyca z mieczem katowskim w dłoni, za nią tłusty krasnolud ściskający w dłoniach topór większy od siebie. Wydawał przy tym dziwne bojowe ryki. Oboje obróceni do siebie plecami siekli oniemiałych biesiadników. Wampiry i zbóje padali nie wydając jęku. Po chwili dopiero do biesiadujących doszło, iż są celem ataku. Cały impet odwetu skierował się na dwójkę ubabranych we krwi, stojących po środku napastników. Nie spostrzegli, iż są misternie otoczeni siecią zaciskającą morderczy uchwyt. Od tyłu atakowali ich inni. W bardziej delikatny sposób lecz także skuteczny. Wrzaski konających mieszały się z przekleństwami. Tylko ród wampirów szybko opanował zaskoczenie. Zbili się w ciasną gromadę, otaczając swojego Lorda. Potężny wampir królował nad nimi posturą. W dłoniach dzierżył dwuręczny miecz, którym wskazywał kierunek ataku. Jednak sami zamknęli się w pułapce ścian jaskini. Cofając się weszli w słępy zaułek. Jedyna droga ucieczki, to komin prowadzący ku słońcu i dniu, który właśnie się budził. Nie mieli już nic do stracenia. W jaskini szalały postacie z mieczami wycinając wszystkich stających na drodze. Napadnięci walczyli tylko o przeżycie. W szale rozpaczy na oślep rzucali się by wyrąbać sobie drogę ucieczki. Z jaskini jednak była tylko jedna droga do śmierci. Lord wskazał mieczem postać szalejącej Izoldy. Wiedzieli, iż droga ucieczki to jej śmierć. Ruszyli prosto. Po drodze zabijali niedawnych kompanów. Torując sobie drogę. Faron ujrzał jak wielki miecz śmiga w stronę Izoldy. Rzucił się rozpaczliwie do przodu parując swoimi impet uderzenia. Ostrze ześliznęło się po stali tancerza. Orczyca czując niebezpieczeństwo wykonała szybki uskok. Kątem oka dostrzegła jak Faron opada na kolana, a na jego kaftanie wykwita szkarłatna plama. Z rykiem wściekłości ruszyła w stronę wampira. Lord jakby czekał na jej spotkanie. Lecz nagle miecz wypadł mu z dłoni i padł między swoje sługi. To w powietrzu furknęła strzała wypuszczona gdzieś z daleka. Przeszyła jego szyję na wylot. Na półce skalnej stała blada jak płótno Deidre a obok Yenka. Ta mamrotała sinymi wargami zaklęcia i powtarzała w kółko- nie chciałam. Deidre zimnym wzrokiem patrzyła się na walkę w dole. Spokojnie wybierała strzałę i nakładała na cięciwę. Każdy strzał był zakończeniem czyjegoś żywota. Z miejsc niedosięgłych dla mieczy wystrzeliwały smugi jasnego płomienia, to Rolfik raził wampiry. Wszyscy z dokładnością kosiarza na polu ścinali żywoty. Jednak, niektórzy w chaosie walki zdołali znaleźć wyjście z pułapki.
Anor czekała cierpliwie na gości w korytarzach. Jej demon oplatał nieszczęśnika i wysysał z niego życie. Jego pani wskazywała ofiary. Sama wzrokiem szukała swojej ofiary. Był. Wysunął się z miejsca kaźni. Nie zauważył podążającego jego tropem cienia. Gdy już był pewny, iż uszedł z życiem za jego plecami rozległ się szept.- Śpieszysz się Fosko gdzieś. Nawet się nie przywitasz. Ja się za Tobą stęskniłam.
-To Ty wiedźmo, żyjesz. Żeby Cię piekło pochłonęło.
-Widzę, że radość ze spotkania z ciebie tryska. Czym zasłużyłam na tak ogromną miłość z Twojej strony.
- Zasłużysz się jak z Ciebie krew wytoczę i nigdy Ne staniesz na mojej drodze.
-Chciałeś powiedzieć waszej drodze. Nie martw się nim się tez zajmę.
Fosko z rykiem rzucił się w stronę wiedźmy. Ta zgrabnie zrobiła unik, a zza jej pleców wypłynęła zjawa. Czarna z ognistymi oczyma. Dłonie zakończone ogromnymi szponami. Z wolna sunęła w stronę napastnika. Wszystko wyglądało tak jakby zjawa pochłaniała człowieka. Anor wydobyła miecze i wytrąciła broń z rąk napastnika. Ten powalony leżał na ziemi jęcząc. Spokojnie usiadła na kamieniu nieopodal- I czego skomlisz?
-Zabij.
- Chciałbyś. Lecz nigdy śmierć nie przychodzi wtedy gdy jej pragniemy. Ty o tym wiesz.
-Zabij wiedźmo.
-Ależ owszem umrzesz ale taką śmiercią jaką chciałeś dla mnie.- Wykonała ruch dłonią. Demon posłusznie zastygł nad leżącym. Fosko jęknął- Nie- Lecz było zapóźni. Zjawa wysysała powoli z niego życie. Biedak wył i skręcał się z bólu, aż zastygł skurczony. Anor wstała i końcem buta traciła trupa- Teraz już nie uciekniesz.
Jeszcze było słychać ryki i jęki. Gdy weszła do jaskini było już po walce. Punia stała na środku cała ochlapana krwią. Patrzyła się na pobojowisku- Dobijać- stwierdziła krótko. Ci co stali koło niej szli i dobijali rannych.
-Niech poznają miłosierdzie- mruknął Mithandir.
Na ziemi klęczała Izolda obok ciała Farona cicho szeptała- Nie rób mi tego. Nie odchodź. Nie będę Ci dokuczała. Mithandir stanął nad Faronem. Obejrzał ranę. Kiwnął na Darre- Przynieś czarna sakwę. Jeszcze na niego nie czas. Nie ciesz się bo trzeba go dowieść do wioski, a to będzie bolała. Nałożył jakieś mikstury i mazidła na ranę. Owinął płótnem.- Rozegnij mu szczeki- Do gardła wlał miksturę. Ciało Farona gwałtownie drgnęło, jakby budzone ze snu. Otworzył oczy- Jestem w niebie i potwora widzę- wyszeptał. Izolda gwałtownie się wyprostowała- Będziesz do wiochy leciał na własnych kulasach.
- Słonko Ty moje nie mam siły. Orczyca dźwignęła ciało Farona jak piórko.- Ehh.. Ty kundlu.
_Ja Ne chciałam. Naprawdę- mamrotała Yenka.
-Cichaj babo. Każdemu mogło się omsknąć. Żyje bo dałaś mu szybko pomoc, więc nie jęcz- Mithandir podał jej gałgan do nosa- Wytrzyj nos, bo obsmarkasz wszystkich.
Puna z Deidre chodziły po jaskini.
- Palimy i odchodzimy. Żeby nie zostało śladu po tych zbójach.
Zza ich plecami z jaskini wydobywały się kłęby gęstego dymu.
Przed nimi wstawał nowy dzień i następna droga do przebycia.





Asabi 2/03/2009 13:22:25 [Powrót] Myśli nieuczesane...